Hasła "broń jądrowa", "atak nuklearny", czy "bomba atomowa" odmieniane są ostatnio chyba przez wszystkie przypadki. zajmującego się proliferacją broni masowego rażenia, ale biorąc
Broń masowego rażenia w Iraku. brak, program sabotowany przez Izrael i Iran . Program oficjalnie następnie ostatecznie zaniechany w latach 90. ( misja ONZ w Iraku ). Do broni masowego rażenia w Iraku miał arsenał broni chemicznej wytworzonych lub dostarczonych przez Zachód w 1980 roku i wykorzystywanych w trakcie i po wojnie iracko
2007: 176).Tego typu broń powinna być więc traktowana podobnie jak broń konwen cjonalna (stąd termin konwencjonalizacja), a nie jak broń masowego rażenia, więc koszty polityczne i moralne jej zastosowania powinny być porównywalne raczej do kosztów użycia broni konwencjonalnej, a nie strategicznej broni nuklearnej.
Spośród 30 członków sojuszu tylko czterech – Francja, Niemcy, Czechy i Polska – dysponuje takim potencjałem, by wziąć na siebie zabezpieczenie przed bronią masowego rażenia Sił
“Ponad 50 przedstawicieli kilkunastu państw NATO uczestniczyło w spotkaniu panelu NATO w zakresie detekcji, identyfikacji i monitoringu broni masowego rażenia w Wojskowej Akademii Technicznej. Wydarzenie, które odbyło się w dniach 25–27 kwietnia 2023 r., zostało zorganizowane…”
mulutmu adalah harimaumu makna dan pihak tertuju. Broń masowego rażenia - uuuuu fajnie muwisz Khaazam J - Przypomnę, że Rosja ma parę bomb o podobnym rażeniu ( nieco mniejszym ) i setki bomb atomowych, a jedna z nich może zniszczyć połowę miasta np. Poznania. - Piękne ale straszne - Kamil antoszewski jesteś idiotą pomysl dlaczego od konca 2 wwojny swiatowej nie ma 3wojny bo sa te baby ale putin i korea maja to w dupie - @isydor97 Dodam jeszcze że miała mieć moc 100 MT ale inżynierowie celowo ograniczyli jej moc do 58 MT. - Car bomba (pierwsza eksplozja w wideo u góry) miała moc 58000 kt (dla niewiędzących: 1kt=1000t materiału wybuchowego). Dla porwónania: Bomba w Hiroszimie miała moc 12 kt, a skutki są znane. Car bomba wybuchła na zamarzniętym, niezaludnionym kawałku ziemi na północy syberii. A co by było, gdyby wybuchła w Londynie??? Lecz przetestowana Car bomba to tylko trzykrotnie pomniejszona bomba, jaką sowieci byli w stanie WTEDY zbudować. Dzisiaj to mi za bardzo nie wiadomo. Mam to z Wikipedii - Tu też bym zerknął: można poczytać. - dzisiaj usa 3 balistyczne na próbe wystrzelily - KURWA niby place za internet 20mb a tna mi sie jakies jebane filmiki na youtubie. Brawa dla multimedii :\ - @audziarz bomba cara z poprwawiona jakoscia... a tak dla waszej swiadomosci stawia sie specjalne konstrukcje ktore trzymaja kamery... - czy to była car bomb? - Po WOJNACH i MIEJSCOWYCH : trzęsieniach ziemi , epidemiach i głodzie - Mateusza 24:7 , nastanie Fałszywy "POKÓJ i BEZPIECZEŃSTWO" - 1 Tesaloniczan 5:3 , WYGOOGLUJCIE : Wojna Pod Koniec Czasu - Daniela 8:1-14 Ludzie poprą też diabelska SWIATOWĄ WŁADZĘ i jej LIDERA - Daniela 7:23 , Objawienie Jana 13:3-8 , prawda jest tylko w Biblii , ta Księga obala cały ten chory świat w tym Watykan i Świadków GOOGLE : Nobliści - Biblia a Nauka , BŁĘDY DOKTRYNY RZYMSKIEGO KATOLICYZMU , Ewangelia - dobra nowina - czarnobyl lepszy - @RaynePL HAHAHAHAHA , ALE TO BYŁO DOBRE xD - @Mc2nd2 No ok, jak ktoś wystrzeli w Twój dom z "Działka atomowego" i wywoła III wojnę światowa, to idź do sądu, przecież to nie Fair-Play używanie wszelkich możliwych środków na wojnie... ;) - ale superrr! - Ja pierdole chce wam się tak pisać po prostu wyjebało i tyle oczym tu dyskutować można tylko podziwiać :D - @TheMatkojebca Błąd, to lotniskowiec eskortowy, jego wyporność to jedyne 15 000 ton (pomyliłeś się podając aż 5-krotność tej liczby) i mieści na sobie maksymalnie 1000 osób (...a tym razem 6-krotność, waga tych ludzi to około 70t w przypadku, gdyby każdy ważył średnio 70kg). Może pomieścić 30 sztuk samolotów, które ważyły ok 2,3t jeden to daje nam 69t (milutka liczba, ale tym razem 2-krotność pomyłki ;<) - @audziarz Nie, skądże, stałem obok i kamerowałem wszystko, a moja hiperwytrzymała kamera nie dała się tak jak te denne drzewa i domy. Ludzie, nie róbcie takich odkryć wielkich, swoją drogą to nie wszystkie są komputerowo tworzone. - komputerowe, ale ok - ŁAŁ!!!ILE TAM DALI SALETRY??!
Broń biologiczna to obok atomowej i chemicznej jedna z trzech głównych broni masowego rażenia. Biorąc pod uwagę to, co się dzieje w związku z epidemią Covid-19, można dojść do wniosku, że byłaby doskonała dla terrorystów. Najczęściej spośród wymienionych trzech używa się broni chemicznej, czyli środków trujących. Sięgano po nie wielokrotnie w czasie I wojny światowej, także w Polsce – np. w bitwie pod Bolimowem. Potem w wojnie iracko-irańskiej w latach 80. Raz Sarinu użyli też terroryści – w czasie zamachu w japońskim metrze z 1995 r. Broni atomowej użyto zaś w dwóch atakach na Hiroszimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r. Ładunki jądrowe są dziś istotną częścią arsenałów niektórych państw i pełnią funkcję odstraszającą. Broń biologiczna jest na tym tle najmniej „praktyczna” – z kilku względów. Po pierwsze, nie da się jej kontrolować. Środki trujące rozkładają się maksymalnie dwa tygodnie, niektóre nawet kilka godzin, a wiatr nie jest w stanie roznieść ich dalej niż na dystans kilkunastu kilometrów. Skaża się konkretny obszar zajmowany przez konkretną grupę ludzi w konkretnym momencie. Z bronią jądrową jest trudniej – skażenie promieniotwórcze utrzymuje się przez dziesiątki, a nawet setki lat i szerzej się rozprzestrzenia. Ale da się przewidzieć skutki i określić obszar jej działania. W przypadku broni biologicznej jest inaczej. Ludzie, podróżując po świecie, przenoszą zakażenie z miejsca na miejsce niebywale szybko. „Epidemia” nie wydaje się więc możliwa – od razu staje się pandemią obejmującą duże połacie globu. Nawet jeśli jedno państwo użyje takiej broni przeciw innemu, to paradoksalnie zaraza może do niego zawrócić. Druga trudność dotyczy przechowywania. Bomby atomowe składuje się w specjalnych magazynach, podobnie jak pojemniki z gazem czy cieczą. A jak przechowywać bakterie czy wirusy? Trzeba je hodować na żywych organizmach, odpowiednim materiale biologicznym. Nie da się ich po prostu wrzucić do słoika. A zatem łatwo je też przypadkiem „wynieść” z laboratorium. Broni tego typu zwykle nie produkuje się w czasie pokoju, lecz rozmnaża w odpowiedniej ilości, kiedy zaistnieje potrzeba. Pracuje się tylko nad technologią pozyskania takiej mutacji bakterii, wirusa czy botuliny, która nie jest powszechnie znana, a w związku z tym nie ma też na nią szczepionki czy innego leku. Czytaj także: Uboczny skutek wirusa: infodemia. Świat wpadł w panikę Czy wirus „uciekł” Chińczykom z laboratorium? Czy nowy koronawirus wydostał się z chińskiego laboratorium? Tak sugeruje amerykański senator Thomas B. Cotton, republikanin z Arkansas. Polityk przypomina, że Chiny oskarża się o prace nad bronią biologiczną, choć rząd ChRL regularnie temu zaprzecza. W 1984 r. kraj podpisał traktat o zakazie opracowywania, produkcji, przechowywania i stosowania broni biologicznej. Podobno ściśle go przestrzega, ale wiele wskazuje, że to nieprawda. Badania nad bronią tego typu prowadzono bardzo intensywnie w latach 70. I później. Chiny przekonują, że po to, by odeprzeć hipotetyczny atak tego rodzaju. Znam takie praktyki. Miałem okazję zwiedzić jedno z renomowanych laboratoriów wojskowej obrony przeciwchemicznej w Szwajcarii (Laboratorium Spiez). Naukowiec przypominający jako żywo Augusta Piccarda zaprezentował dziennikarzom zatkaną korkiem próbówkę z odrobiną brunatnej cieczy, z której ulatniały się żółtawe opary. I oświadczył: w środku jest dość Somanu, by szybko zabić wszystkich ludzi w tym budynku i w najbliższej okolicy. Zamarłem. A naukowiec butelkę odkorkował. Nie, nie umarłem ani od Somanu, ani na zawał. „Piccard” uśmiechnął się tylko i wytłumaczył, że Soman jest cięższy od powietrza, więc nie wypłynie z próbówki. Wsypał do niej nieco ciemnego proszku, stosowanego w maskach przeciwgazowych, który „wciągnął” ciecz i opary. Naukowiec spojrzał w szkło pod światło, wysypał proszek do specjalnego naczynia i z dumą oświadczył: widzicie, jakie skuteczne? Wszyscy żyją, prawda? Zapytałem go, skąd wziął się ten Soman, skoro wytwarzania broni chemicznej zakazuje konwencja. Wyjaśnił, że niewielkie ilości takiej broni wytwarza się do badań nad środkami przeciwdziałania. Produkcja jest ściśle ewidencjonowana i rozliczana, skrupulatnie odnotowuje się ilość zużywanych substancji itd. Żeby zbadać odpowiednie środki ochrony, szczepionki i środki lecznicze, trzeba wytworzyć to, co się nimi zwalcza. W przeciwnym razie nie da się sprawdzić ich skuteczności. Konwencja to dopuszcza. O ile jednak produkcję bojowych środków trujących da się policzyć, o tyle trudniej to zrobić z bakteriami i patogenami wirusa. I tu jest pies pogrzebany. Programy rozwoju ofensywnej broni biologicznej zawsze da się ukryć pod płaszczykiem badań nad środkami przeciwdziałania. Chiny mają szczególny stosunek do broni biologicznej. Jako jedyne padły ofiarą właśnie takiej amunicji, i to wielokrotnie w ramach tego samego konfliktu. Japończycy z niesławnej Jednostki 731. w latach 1940–45 rozprzestrzeniali w Chinach dżumę i cholerę, zrzucając z samolotów woreczki lub pojemniki z zarażonymi pchłami i ziarnami. Zjadały i roznosiły je szczury. Śmierć poniosło aż 400 tys. Chińczyków. Czytaj także: 13 najważniejszych pytań i odpowiedzi w sprawie koronawirusa O czym mówi senator Tom Cotton Podobno nowy koronawirus zaczął się rozprzestrzeniać na targu zwierzęcym w Wuhanie. Naukowcy są zgodni, że przenosząc się przez różne gatunki zgromadzonych tam i zabijanych na miejscu zwierząt (w niezbyt higienicznych warunkach), a nawet ryb, wirus mógł zmutować i przenieść się w końcu na człowieka. Senator Cotton, były oficer US Army i weteran wojenny, ma jednak pewne podstawy – ale nie twarde dowody – by snuć swoje domysły. Jakie to przesłanki? Otóż na przedmieściach Wuhanu znajduje się instytut wirusologiczny. Jedyny w Chinach i jeden z niewielu na świecie, który spełnia najwyższy standard zabezpieczeń: tzw. BSL-4 (Biological Safety Level 4), uzyskany po głębokiej modernizacji placówki w 2015 r. Takich laboratoriów jest w sumie ok. 40 (w Polsce nie ma żadnego). Krytycy Cottona wskazują na standard BSL-4 jako dowód, że nie mogło tam dojść ot tak do rozprzestrzenienia się wirusa. Tyle że w podobnym laboratorium w Rosji – Państwowym Instytucie Wirusologii i Biotechnologii „Wektor” w Kolcewie pod Nowosybirskiem, także spełniającym normę BSL-4 – we wrześniu 2019 r. wybuchł zbiornik z gazem i doszło do małego pożaru, co zagroziło epidemią eboli i tzw. czarnej ospy. Ta druga jest śmiertelnie groźna, bo łatwo się rozprzestrzenia – drogą kropelkową. Jedna z jej odmian, tzw. ospa zlewająca się (łac. variola confluens), ma śmiertelność na poziomie ok. 66 proc. u zaszczepionych chorych i 95 proc. u chorych nieszczepionych. Ospa krwotoczna albo czarna (łac. variola haemorrhagica s. nigra) ma jeszcze cięższy przebieg. Po co w 2019 r. prowadzono badania nad ospą prawdziwą, skoro w 1980 r. uznano ją za eradykowaną, czyli całkowicie zwalczoną na świecie? Do tego patogeny, które ją powodują, nie występują już w żadnych organizmach żywych. Oficjalna odpowiedź brzmi: „na wypadek podobnego zagrożenia”. Na łamach hinduskiego czasopisma „Journal on Geopolitics & International Relations” doniesiono, że w laboratorium w Wuhanie pracowano nad groźnymi wirusami, takimi jak SARS14, grypa H5N115, japońskie zapalenie mózgu 16 i denga. W Chinach jest wiele placówek badawczych i producentów szczepionek, więc w razie potrzeby mają wysokie zdolności do odparcia ataku biologicznego. Czy nowy koronawirus wydobył się zatem z laboratorium? Przeciwnicy takiej hipotezy zaznaczają, że instytut w Wuhanie jest placówką cywilną. Tyle że w czasach ZSRR bomby atomowe konstruowały cywilne zakłady podległe Ministerstwu Budowy Maszyn Średnich. W Polsce kałachy klepał cywilny zakład Łucznik w Radomiu, oficjalnie produkujący maszyny do szycia. A odrzutowe myśliwce produkowano w cywilnym zakładzie w Mielcu. Myśliwce F-35 wykonuje nawet nie tyle cywilny, ile prywatny koncern Lockheed Martin. Instytut z Wuhanu jest dobrze znany na Zachodzie, bo współpracuje z wieloma podobnymi instytucjami na świecie, także w USA. Co nie oznacza, że pewnych danych nie da się ukryć. Najciemniej zawsze jest pod latarnią. Czytaj też: Jak przebiegają badania na obecność koronawirusa Groźba ataku bioterrorystycznego Jak było naprawdę, nie wiadomo – zresztą co za różnica? Wyhodowany na zarzynanym prosiaczku czy w próbówce w instytucie w Wuhanie – wszystko jedno, istotne, że sieje spustoszenie. Paniką, spadkami na giełdzie, restrykcjami w wymianie handlowej, tajfunem w branży turystycznej. Koronawirus wywołuje nie tyle pandemię, ile światowy kryzys gospodarczy. A to wielka pokusa dla terrorystów. O ile jednak bombę czy gaz trujący są w stanie wytworzyć w warunkach amatorsko-warsztatowych, o tyle mutację bakterii, wirusa czy botuliny ciężko wyhodować samodzielnie, w doniczce czy klatce ze szczurem. Ale gdyby terrorystów wsparło jakieś państwo? Taka współpraca, nawet jeśli trudna do wyobrażenia, byłaby śmiertelnie niebezpieczna dla świata.
Jak rozumieć płynące z Rosji sugestie, że w amerykańskich laboratoriach na terenie Ukrainy powstaje groźna broń biologiczna? Jak rozumieć rosyjskie doniesienia o tym, że Ukraińcy zamierzają użyć broni chemicznej? Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow powiedział, że w setkach laboratoriów na świecie Amerykanie przeprowadzają eksperymenty, których celem jest wyprodukowanie broni biologicznej. Na terenie Ukrainy takich laboratoriów – zdaniem Ławrowa – ma być 30. Minister oznajmił, że eksperymenty prowadzone w tych miejscach są „śmiertelnym zagrożeniem dla ludzkości”. Podobne wypowiedzi padały także z ust Nikołaja Patruszewa, głównego doradcy ds. bezpieczeństwa prezydenta Rosji, czy generała Igora Konaszenkowa. Ten ostatni jakiś czas temu stwierdził, że Amerykanie i Ukraińcy wspólnie pracują nad patogenem, który byłby zabójczy tylko dla tych, którzy mają „rosyjskie DNA”. Genu czy DNA Rosjan nie ma. Nie można wyprodukować bakterii czy wirusa, który atakuje tylko Rosjan. Generał to pewnie wie, ale już część jego słuchaczy niekoniecznie. Podobnie jak w Syrii? Wypowiedzi o broni chemicznej i biologicznej zaczęły się pojawiać dość niespodziewanie zaledwie kilka dni temu. O co w tym chodzi? Wojny prowadzone są nie tylko na ulicach czy dyplomatycznych salonach. Toczy się je także w naszych głowach, a amunicją jest strach. A broń biologiczna i chemiczna do straszenia nadaje się idealnie. Strach przed nią ma większy zasięg niż same ładunki. Groźba jej użycia może być paraliżująca nie tylko dla obrońców ukraińskich miast, ale przykładowo także dla społeczeństw zachodnich i ich polityków (podejmujących decyzje, np. gospodarcze). Być może komentarze i oświadczenia Rosjan są skierowane mniej na zewnątrz, a bardziej do wewnątrz. Narracja o tajnych laboratoriach i fabrykach zagrażających ludzkości patogenów daje pretekst do ataku, a z atakującego czyni odpowiedzialnego za losy ludzkości. Obecna sytuacja bardzo przypomina tę sprzed kilku lat w Syrii. Gdy reżim Baszszara al-Asada nie radził sobie z rebeliantami, zaczął komunikować, że zdobył informacje o szykowanych przez nich prowokacjach. Miały one polegać na rozpylaniu w miastach gazów bojowych i obarczaniu winą za śmierć cywilów rządowych wojsk syryjskich. Dyktator rzeczywiście broni chemicznej użył, a pomagali mu w tym Rosjanie. Takie pociski spadły np. na miasto Duma. Ci, którzy przeżyli, mówili o głuchych wybuchach i o zapachu jabłek. Ale reżim stwierdził, że to właśnie była prowokacja, przed którą ostrzegał. Broń chemiczna Zapach jabłek wskazuje na użycie sarinu. Gaz ten należy do grupy środków paralityczno-drgawkowych. Blokują one komunikację pomiędzy komórkami nerwowymi, co powoduje w organizmie człowieka chaos informacyjny, paraliż i śmierć. Nie każdy gaz bojowy działa tak samo, nie każdy patogen powoduje takie same skutki. Wszystkie gazy bojowe można uszeregować w pięć grup. Obok środków paralityczno-drgawkowych są środki, które podrażniają i paraliżują drogi oddechowe. Osoba, która nie założy odpowiednio wcześnie maski z filtrami, dusi się, bo jej płuca przestają działać. Do tej grupy należą np. chlor czy fosgen. Jeszcze inna grupa gazów blokuje cząsteczki hemoglobiny, a to oznacza, że komórki organizmu zostają odcięte od tlenu niezbędnego do ich funkcjonowania. Człowiek też się dusi, choć jego płuca pracują poprawnie. Tak działają np. cyklon-B czy cyjanowodór. Kolejną grupę związków stanowią środki parzące, np. iperyt (gaz musztardowy). Ostatnią grupą są związki halucynogenne. Nie zabijają, ale czasowo unieszkodliwiają wroga. Broń chemiczną stosuje się głównie po to, by wywołać panikę, a ta jest często groźniejsza od eksplozji. Z punktu widzenia atakującego ten rodzaj broni ma wiele wad. Nie da się przewidzieć obszaru, na którym gaz zadziała, bo zależy to od temperatury i wilgotności powietrza czy siły wiatru. A także np. ukształtowania terenu. Gazy bojowe są ciężkie, kumulują się w zagłębieniach czy depresjach (czyli niestety także w okopach, piwnicach czy schronach podziemnych). Ponadto zasięg broni chemicznej jest niewielki. Aby razić nią ludzi na ogromnym obszarze, trzeba na niego zrzucić bardzo dużo ładunków. Gazy, które stosuje się w tym celu, zwykle są nietrwałe, więc zagrożenie mija, zanim obejmie duży obszar. Na przykład sarin jest niebezpieczny przez zaledwie 3–4 godziny. Nie ma szans, by gaz, który został rozpylony w jednej miejscowości, zagrażał innej. Absolutnie niemożliwe jest, by jakiekolwiek działania chemiczne na terenie Ukrainy zagrażały Polsce. Są jednak i złe wiadomości. Broń chemiczna jest bardzo tania – zarówno w produkcji, jak i użyciu. Nie wymaga dużej wiedzy i skomplikowanej infrastruktury, a gazami bojowymi mogą być substancje powszechnie stosowane w przemyśle, np. chlor czy fosgen. Broń biologiczna? Broń biologiczna pod niektórymi względami jest podobna do chemicznej. Jej skuteczność i zasięg także mogą być uzależnione od temperatury i wilgotności powietrza czy siły wiatru. I podobnie jak w przypadku broni chemicznej – jeżeli nie mówimy o bardzo skomplikowanych patogenach, być może nawet modyfikowanych genetycznie – też nie potrzeba zbyt wielkiej wiedzy do jej stworzenia. Większość patogenów chorobotwórczych może do laboratorium dostarczyć firma kurierska, a do ich rozmnażania wystarczy wiedza zdobyta na podstawowym kursie biologii. Dodatkowo aparatura do jej produkcji jest stosunkowo prosta i tania. Broń biologiczna jest jednak bardziej podstępna. Patogeny można wybrać tak, by zniszczyły uprawy albo zabijały zwierzęta, powodując głód. Od ataku tą bronią do epidemii może minąć kilka godzin, ale też kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt dni. To bardzo utrudnia zabezpieczanie się czy znalezienie źródła zakażenia. Bardzo groźną cechą broni biologicznej jest również to, że niemal zawsze jest samopowielająca się. Patogeny – jeżeli trafią na odpowiednie warunki – rozmnażają się. Ale z punktu widzenia atakującego może być to także spora wada. Skażenie jakiegoś terenu patogenami oznacza wyłączenie go z eksploatacji czasami na dziesięciolecia. Broń biologiczna nie nadaje się do zdobywania miast czy dużych terenów. Choć wyprodukowanie patogenów jest stosunkowo łatwe i tanie, to ich magazynowanie i transport wymagają infrastruktury, której na froncie czy blisko frontu nie ma. Rosjanie mają broń biologiczną i mogą jej użyć, ale poza wywołaniem paniki na niewiele się to zda. Broń biologiczna nie pomoże w zdobywaniu dużych terenów, a jeżeli zostanie użyta w mieście, będzie to oznaczało jego wieloletnie skażenie i brak jakiejkolwiek możliwości użytkowania.•
Przed sądem w Dreźnie toczy się proces w sprawie Alexandra S., któremu prokuratura zarzuca pomaganie Rosji przy produkcji broni chemicznej i broni masowego rażenia, a także obchodzenie unijnych sankcji zbrojeniowych. Mężczyzna miał działać w nieoficjalnej sieci, kontrolowanej przez tajne służby Kremla – opisuje „Zeit Online”. Wyrok w sprawie S. ma zapaść w najbliższych dniach. "Alexander S. to człowiek, który dostarczał putinowskiemu przemysłowi obronnemu technologię do produkcji broni jądrowej i chemicznej" - pisze "Zeit Online". Mężczyzna, cieszący się w rodzinnym Lipsku dobrą opinią i ceniony za swoje znajomości w Europie Wschodniej, był przez cztery lata członkiem Komitetu Handlu Zagranicznego Izby Przemysłowo-Handlowej. Proces Alexandra S. toczy się od 24 maja w silnie strzeżonej sali Wyższego Sądu Okręgowego w Dreźnie. Zarzuty prokuratury federalnej dotyczą wspomagania produkcji broni chemicznej w Rosji oraz omijania unijnych sankcji w tym zakresie. "Oskarżony miał także dostarczać do Rosji bez zezwoleń specjalistyczny sprzęt laboratoryjny, przeznaczony do opracowywania broni masowego rażenia, działając w ramach "tajnej sieci zaopatrzenia", kontrolowanej przez tajne służby Kremla" - podkreśla "Zeit Online". Oskarżony zaprzecza zarzutom o szpiegostwo i pomoc przy produkcji broni nuklearnej. W trakcie procesu przekonywał, że dostarczane urządzenia miały być wykorzystywane do celów cywilnych, takich jak farmacja i laboratoria badawcze. "Jego tłumaczenia są pełne wszelkiego rodzaju sprzeczności, trudno uwierzyć w rzekomą naiwność oskarżonego" - ocenili zajmujący się sprawą eksperci do spraw bezpieczeństwa państwa. "Ten proces daje wgląd w szarą strefę rosyjskich sankcji. Daje wyobrażenie o wysiłku, jaki Kreml wkłada w pozyskiwanie zachodnich technologii dla swojego wojska, które od prawie pięciu miesięcy toczy wojnę z Ukrainą, bombardując bloki mieszkalne i centra handlowe. I może zagrozić światu" - podkreśla "Zeit Online". Gazeta dodaje, że rosyjska broń masowego rażenia powstaje dzięki importowi sprzętu z Niemiec przez Alexandra S., który "ignorował wszelkie ostrzeżenia, aby móc dalej prowadzić interesy".Alexander S. przebywa w areszcie od ponad roku. Jak podkreśla gazeta, na rozprawach jest spokojny, "sprawia wrażenie człowieka, który przychodzi na spotkania biznesowe" - nosi okulary, szarą marynarkę, aktówkę. Akt oskarżenia prokuratora federalnego wymienia ok. 12 przypadków, w których Alexander S. miał naruszyć Ustawę o Handlu Zagranicznym i Ustawę o Kontroli Broni Wojennej. "Podobno zarobił w ten sposób ponad milion euro" - dodaje "Zeit Online". Alexander S. urodził się w 1964 roku w Magdeburgu (Saksonia-Anhalt) jako syn Rosjanki i Niemca. Jest absolwentem szkoły oficerskiej w Loebau, gdzie zdobył dyplom inżyniera-chemika i stopień podpułkownika. Po upadku muru berlińskiego w 1989 roku zakończył służbę w armii. Jako specjalista od geofizycznych systemów pomiarowych trafił pod koniec lat 90. do Moskwy. Tam poznaje mężczyznę, który zostaje jego teściem i z którym wspólnie "zaczyna rozwijać stosunki handlowe w Rosji". Wtedy Alexander S. zaczyna dostarczać do Rosji specjalistyczne urządzenia, sprzęt laboratoryjny do pracy z materiałami toksycznymi i radioaktywnymi i inne "towary, które może wykorzystywać rosyjski przemysł zbrojeniowy". Po aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku, Komisja Europejska "nałożyła sankcje, które utrudniły S. biznes". Wiele urządzeń, na których dostawie zarabiał, zaczęły podlegać przepisom dotyczącym tzw. podwójnego zastosowania. Ich eksport z Niemiec zatwierdzało Federalne Biuro Handlu Zagranicznego i Gospodarki (BAFA).Sankcje te wywarły natychmiastowy wpływ na rosyjski przemysł zbrojeniowy, dlatego w 2014 roku rozpoczęły się wielkie starania na rzecz transferu technologii do Rosji za pośrednictwem szerokiej gamy kanałów, w tym rosyjskich firm-przykrywek - wyjaśnia Matthias Wachter, szef departamentu bezpieczeństwa w Federacji Przemysłu Niemieckiego (BDI). "Zakaz eksportu towarów podwójnego zastosowania, wprowadzony w UE od czasu rosyjskiego ataku na Ukrainę, niczego nie zmienił. Jedynie strona rosyjska lepiej się kamufluje" - podkreśla "Zeit Online". Eksport do Rosji stał się trudniejszy, "ale S. znalazł pomysłowy sposób radzenia sobie z tym". Organizowane przez niego firmy-przykrywki działały nawet w Kazachstanie i Chinach. 11 lutego 2020 r. Urząd Celnej Policji Kryminalnej przeszukał dom i biura S. w Lipsku. Jego nazwisko pojawiło się w śledztwie przeciwko innemu niemieckiemu biznesmenowi, któremu zarzucano przemycanie materiałów do produkcji broni i współpracę z firmami kontrolowanymi przez rosyjskie służby specjalne FSB. S. został aresztowany w maju 2021 roku. Cały czas zaprzecza, że wiedział o militarnych powiązaniach swoich kontrahentów. Ma zostać skazany za złamanie ustawy o handlu zagranicznym. Jak podkreśla "Zeit Online", prokurator federalny wycofał wobec Alexandra S. zarzuty współpracy z tajnymi służbami i wspierania produkcji broni masowego rażenia, motywując, że "nie wpłynęłoby to znacząco na wysokość wyroku". Alexander S. prawdopodobnie zostanie skazany na co najmniej dwa lata i dziewięć miesięcy pozbawienia wolności.
Przewidywany czas: 4 minGdybym miał powiedzieć, którego rodzaju broni masowego rażenia boję się najbardziej, powiedziałbym, że biologicznej. Moim zdaniem jest ona bardziej perfidna niż broń jądrowa i odcinek: ranking najgroźniejszych rodzajów broni zacząłem się zastanawiać, jakie kryteria powinienem wziąć pod uwagę. Na pewno skalę i skuteczność rażenia, koszty produkcji i dostępność komponentów, zaawansowanie technologiczne i łatwość zatrudnienia specjalistów. Nie bez znaczenia jest także to czy po użyciu można zająć zdobyty teren, czy też trzeba latami czekać, aż „czynnik zabijający” się chorobotwórcze, które wywołują tak groźne choroby jak cholerę, ospę, dur brzuszny, plamisty, dżumę czy żółtą febrę, a także grypę można zdobyć stosunkowo łatwo w licznych bankach genetycznych, znajdujących się przy dużych ośrodkach naukowych. Znane są przypadki kiedy państwom rządzonym przez dyktatorów, chorobotwórcze bakterie czy wirusy dostarczała firma kurierska. Koszty produkcji broni biologicznej są bardzo rozmnażania bakterii wystarczy wiedza zdobyta na podstawowym kursie biologii, a można to robić w niewielkim laboratorium, które można umieścić właściwie wszędzie. Do rozmnażania na masową skalę groźnych organizmów można użyć kadzi, które wykorzystuje się np. do … warzenie biologiczna jest bardziej perfidna niż chemiczna. Można rozsiać nad wybranym terenem bakterie, które np., zniszczą uprawy i doprowadzając mieszkańców do głodu, albo gospodarkę do upadku. To się nazywa terroryzm socjoekonomiczny. W taki sam sposób można zabić wszystkie zwierzęta hodowlane. Zarazki nie muszą być zrzucane z samolotów, mogą być roznoszone przez owady czy gryzonie. W rzeczywistości historia zna takie 1940 roku, na chińskie miasta, Japończycy rozrzucili zakażone dżumą pchły, wywołując epidemię. Ale to nie był pierwszy przypadek użycia broni biologicznej. W starożytności zatruwano studnie wrzucając do nich zdechłe zwierzęta, a nierzadko zdarzało się, że w czasie oblężenia z katapult w kierunku miast wystrzeliwano zwłoki ludzi czy zwierząt, które zmarły na jakąś chorobę zakaźną. W czasie jednej z wojen pod koniec XV wieku Hiszpanie skazili wino w Neapolu krwią trudno powiedzieć kiedy po raz ostatni mieliśmy do czynienia z atakiem bronią biologiczną. W zależności od wykorzystanego patogenu, od ataku do epidemii może minąć nawet kilka tygodni. W innych przypadkach skutki chorobotwórcze mogą nastąpić niemalże natychmiast po ataku. Nawet gdybyśmy wiedzieli że właśnie zrzucono na nas, wpuszczono do wody w wodociągach, albo do wentylacji w budynku chorobotwórcze bakterie, niewiele możemy zrobić. Szybka i wysoka dawka antybiotyków? Tak, ale tylko wtedy, gdy wiemy czym zaatakowano. A określenie tego wcale nie jest takie proste. Testy wyszkolonych grup ludzi (muszą jeszcze znajdować się gdzieś w pobliżu) mogą trwać nawet kilka godzin, a jest to czas w którym większość bakterii już się w organizmie „zadomowiła”. Nawet jednak, gdyby od razu było wiadomo jakimi bakteriami zaatakowano, z symulacji robionych w USA wynika, że skuteczny atak biologiczny bakteriami wąglika tylko na jedno większe miasto zaowocowałby zużyciem całych krajowych zapasów antybiotyków w ciągu dwóch co się stanie gdy na czynnik biologiczny nie ma antybiotyków? Jeden z twórców radzieckiego programu broni biologicznej Ken Alibek po ucieczce do USA mówił wprost, że celem radzieckich naukowców pracujących nad bronią biologiczną było produkowanie takich bakterii i wirusów, na które nie ma szczepionek ani antybiotyków. W praktyce jedna grupa naukowców produkowała metodami inżynierii genetycznej zabójczy organizm, a druga próbowała znaleźć antidotum. Jak się to NIE udawało, uznawano czynnik za idealny do użycia. Usilnie pracowano – a może dalej się to robi – nad zwiększeniem tzw. wirulencji bakterii czy wirusów, których naturalną szkodliwość uznano za niewystarczającą. Wirulencja to zdolności do wniknięcia, namnożenia się oraz uszkodzenia tkanek. Stwarzano także szczepy, które w naturze nie występują, łącząc np. najbardziej groźne cechy dwóch bakterii. Można było mieć pewność, że wróg na pewno nie ma na taki czynnik ani szczepionki ani antybiotyku. W ten sposób powstawały nowe odmiany wirusa ospy i wirusa biologiczna jest groźniejsza od chemicznej jeszcze pod jednym względem. Jest samopowielająca się. Jej zabójcze działanie może się potęgować z biegiem rozsiane podczas ataku biologicznego rozmnażają się w organizmach ofiar i dalej rozprzestrzeniają się same. Tak właściwie wcale nie trzeba dużej ilości bakterii, żeby zarazić sporą grupę ludzi. Niewielka ilość bakterii wąglika – które w formie przetrwalnikowej wyglądają jak kakao – można przetransportować wszędzie. Nawet najbardziej drobiazgowe kontrole nic tutaj nie biologiczna ma jednak dosyć istotną wadę z punktu widzenia prowadzenia wojny. Na długi czas może skazić zaatakowany teren. Brytyjczycy w czasie testów skuteczności laseczek wąglika pod koniec II Wojny Światowej skazili na 50 lat tereny szkockiej wyspy Gruinard. Oczywiście z punktu widzenia terrorystów, skażenie to żadna wada. Terroryści zwykle nie zajmują zaatakowanych przez siebie Broń biologiczna jest łatwa w użyciu i transporcie. Można ją – np. wąglik – przesłać nawet listem. Sama się powiela a jej wyprodukowanie – mówię tutaj o najbardziej dostępnych szczepach – nie wymaga dużej wiedzy. Dla terrorystów jest mniej dostępna niż niektóre trujące gazy, a jej sporym minusem jest to że zostawia za sobą skażony teren. Z kolei plusem jest to, że używający tej broni może zostać niewykryty. Śmierć ludzi, zwierząt, zagłada upraw może wystąpić wiele dni a nawet tygodni po użyciu tej broni.
broń masowego rażenia skutki